Nie wiem który już raz reanimuję tę domenę. Nie w tym rzecz.
Rufus Wainwright, pan od “Hallelujah” w Shreku, “gejowski mesjasz” … zawitał nad Wisłą. A konkretniej – w Warszawskim klubie Palladium, z supportem w postaci Tomka Makowieckiego. Świetna wiadomość, ale:
a) do stolicy kawał drogi
b) nie wygrałem biletów ![]()
c) czasu jak na lekarstwo
…więc obejdę się smakiem. A R.W. to moja miłość od pierwszego wejrzenia (dźwięku?). Za znudzenie w głosie, bo śpiewa świetnie, ale jakby go to męczyło. Za fajne metafory. Za sympatyczną buzię (ryjem niekiedy zwaną). Za klasycyzm (a może barok?). Generalnie – osoba ta wybitnie mi odpowiada jako obiekt kultu. Niniejszym, polecam wszystkim zarówno “Release the Stars” jak i wszystkie inne albumy i czekam, aż ktoś wyjdzie z inicjatywą utworzenia sekty lub fanklubu…
Do zoba
